Życie bez telewizji. Pewnego dnia doszedłem do wniosku, że prosystemowa propaganda wywołuje u mnie alergię. Wciskanie ciemnoty i kocopały zagrażały mojemu zdrowiu. Wstałem z kanapy, wymówiłem umowę CYFRZE + i zbudowałem nowy dom. W nowym domu nie ma telewizji.
www.2000znakow.blox.pl
sobota, 13 lipca 2013
UBÓJ NIERYTUALNY

Kiedy ten człowiek wchodzi do chlewni, wśród zwierząt zaczyna się nerwowe poruszenie. Twarz ma prostą, opaloną do czerwoności (choć jest środek zimy). W wodnistych oczach nie ma nic. Ani inteligencji, ani głupoty, dobroci, zła, zezwierzęcenia czy wynaturzenia. Nic.  

Zwierzęta zaczynają biegać po ciasnych boksach, przepychać się, kulić po kątach. Przestają jeść i odsuwają się od koryt.

Człowiek uśmiecha się do mnie. W końcu ktoś zainteresował się jego profesją.

- Chcesz się uczyć na rzeźnika?

Kiwam głową w niewyraźnym geście.

Człowiek wychodzi do innego pomieszczenia, przebiera się w kraciastą koszule i drelichowe portki. Wciąga gumiaki.

Pracownicy właściciela chlewni krążą już od rana. Nic nie mówią. Od dawna są w roboczych ubraniach.

Człowiek przygotowuje narzędzia. Noże – wąskie, długie, bardzo ostre i bez ostrzenia, a będą naostrzone. Osełka – długi chropowaty pręt. Siekiera – chyba waży z 5 kg. Haczyki. Pręty. Metalowe kółka. Sznury. Taboret – brudny, tłusty z czarnymi plamami.

Człowiek ponownie wraca do chlewni. Za nim wchodzą pracownicy właściciela chlewni i stają z tyłu przy drzwiach. Zwierzęta znowu biegają zbite w masę.

Człowiek stawia taboret w alejce między boksami. Na taborecie kładzie narzędzia. Człowiek patrzy na boksy. W końcu wybiera ten najbliższy wyjścia. Wchodzi między zwierzęta. W jego oczach nie ma cienia strachu, choć rozjuszone świnie mogą go przewrócić, zadeptać i rozszarpać. Dotyka ich grzbietów. Dziki kwik. Zwierzęta rozbiegają się na wszystkie strony. Ale w tej ciasnocie i tak nigdzie nie umkną.    

Ostry kwik i jakieś zwierzę czmycha.

Nagle człowiek zanurza rękę w największe skupisko zwierząt.

- Wyciągasz za tylna nogę, bo może ugryźć – jestem instruowany.

Pracownik otwiera drzwiczki. Choć niepotrzebnie są zamknięte, bo inne świnie i tak chcą być jak najdalej od drzwiczek.

Wybrany osobnik dziko kwiczy ciągnięty za goleń. Pracownik podaje sznur, a człowiek sprawnie zarzuca pętlę na racicę. W sumie zarzuci je na wszystkie cztery kończyny i na pysk. Każdy sznur jest trzymany przez innego pracownika. Starają się rozciągnąć zwierzę na posadzce między boksami.

Wchodzi właściciel chlewni. Gestem  głowy daje znak „ta może być” i natychmiast wraca do siebie. Inne zwierzęta się uspokajają. Zagrożenie minęło. Do następnego razu. Wracają do chlewów.

Zwierzę kwiczy niemiłosiernie. Wysokimi tonami  i szybko.

Pracownicy napinają sznury. Mimo to świnia stoi. Nie daje się przewrócić. Siekiera idzie w górę i zwierze dostaje pierwszy cios. W czoło. W czerep nad oczami. O dziwo cios zamiast ogłuszyć zmobilizował zwierzę do walki. Świnia wyrywa się. Szarpie. Rzuca ryjem we wszystkie strony. Pracownicy ciągną sznury ze wszystkich sił. A nie są słabi.

Pada kolejny cios. Też nic nie daje. Kolejna fala kwiku i rzężenia. Piana toczy się z pyska. Charkot. Bąble powietrza w pianie.

Kolejne ciosy. Zwierze na tyle słabnie, że pracownicy są w stanie rozciągnąć przednie nogi.

Siekiera wraca na taboret. W ruch idzie nóż.

Człowiek podchodzi z przodu. Przydeptuje świni ryj kaloszem tak, by leżała lekko na boku. Następnie wbija w serce. Jucha płynie jak z kranu. Jasno czerwona, rzadka, wodnista.

Krew płynie na posadzkę, a potem do rynsztoków wzdłuż środkowej alei. Tych samych do których wyrzuca się gnój.

Strumień najpierw jest wartki i szybki. Potem jego natężenie słabnie, aż w końcu przestanie płynąć, a sączy się po szczecinie.

Oczy zwierzęcia gasną. Rzężenie ustaje. Nie pojawiają się nowe bąble powietrza w pianie.

Kot, który wśliznął się za właścicielem chlewni siedzi grzecznie przy drzwiach i obserwuje całą sytuację.

Pojawia się kubeł z gorącą wodą. Tylne nogi są parzone, a potem golone.

Małym nożykiem człowiek odcina zrogowaciałe racice i rzuca je pozostałym świniom w boksie. Wszystko zjedzą.

Człowiek nacina skórę z tyłu nóg i wyciąga ścięgna Achillesa. (Świnia ma podobną budowę jak człowiek). Na ścięgna zakłada haczyki. Kiedy oba są na miejscu zapina je do metalowej rozpórki. Rozpórka ma oczko po środku długości. Tam zostanie zaczepiony łańcuch podwieszony na bloku pod sufitem chlewni.

Kilku chłopów łapie łańcuch i silnie szarpie. Po chwili świnia wisi za nogi ryjem w dół. Pracownicy wychodzą do swojej roboty.

Parzenie, golenie szczeciny, podostrzenie noży. CIĘCIE. Przez środek jamy brzusznej. Wypadają flaki i bucha straszny odór.

Flaki zbierze się do dużej miski. Do mniejszej miski powędruje serce, wątroba, żołądek, nerki-cynaderki.    

Człowiek wykrawa rodnię (zdegenerowany układ płciowy samic, które nie są maciorami) i rzuca je innym świniom. Wszystko zjedzą.

Teraz rytuał. Człowiek wycina po kawałku śledzionę i rzuca kotu. Doczekał się. Czekał na nią od początku. Dziś kot nażre się śledziony jak świnia.

Nóż idzie w odstawkę. Wraca siekiera. Kilka silnych, ale niezwykle precyzyjnych cięć wzdłuż grzbietu. Świnia zmienia się w dwie półtusze. Tyle wystarczy. Detalicznie rozbierze ją rzeźnik na stoisku. Zaraz przyjdzie weterynarz stemplować półtuszę.

 

Wychodzę na powietrze.

Dopiero teraz czuję ostry, kłujący odór krwi, który przesiąkł całe ubranie.



15:10, bez_anteny , GRANICE
Link Komentarze (7) »